Blog stanowi kontynuację historii z bloga Codzienność Skrzeczy z Interii. Opowieści złożone z elementów mozaiki, jaką jest życie.
poniedziałek, 29 marca 2021
Książkowo. Swoiste rozdarcie.
środa, 17 marca 2021
Małe przyjemności. Nadchodzi kunktator.
Ostatnio zająłem się powrotami i odkryciami muzycznymi. Odkryciem jest twórczość grupy Turbo, ta ostra, trash metalowa. Powrotem jest zespół Świetliki. Może wydźwięk obydwu tych grup nie jest jakiś super optymistyczny, jednak mnie bardzo pasuje.
Z książek spore wrażenie zrobiła na mnie pozycja pt. ,,Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci" Lindy Polman. Najciekawsze były rozdziały o kobietach kontaktujących się ze skazanymi na śmierć, spośród których pewien procent decyduje się na związek małżeński (z wiadomych względów pana młodego zastępuje ktoś inny, może być też kobieta, jest to ślub ,,z rękawiczką" o ile dobrze pamiętam). Dużo do myślenia dał mi też rozdział o nieudanych próbach egzekucji skazanego, chociaż ogólnego stosunku do kary śmierci nie zmieniłem. Książka należy do całkiem zacnej serii ,,amerykańskiej". Dzięki niej można zobaczyć Stany Zjednoczone bez blichtru, medialnego przekazu i tego typu prób fałszowania rzeczywistości.
Dziś okazało się jaki ze mnie czasem straszny kunktator. Na początku miesiąca napisałem do biblioteki maila z zamówieniem książek. Po tygodniu ciszy pomyślałem, że może nie dotarł i wysłałem drugi raz. Dziś dowiedziałem się, że biblioteki są znów zamknięte. A to oznacza, że nie przyjmowali zamówień już, bo pewnie wiedzieli co nadchodzi. A mi nie chciało się sprawdzić nawet czy to nie chodzi właśnie o to. Wstyd mi za siebie.
Z ciekawych obserwacji mogę wymienić związaną z wronami szarymi, które budują gniazdo na drzewie, które widzimy z okna. Parę dni temu Rodzicielka zauważyła jak do gniazda wpakował się obcy ptak. Został lotem błyskawicy nauczony przez wronę, gdzie jest jego miejsce. Podobno pióra latały wszędzie.
Dziś z kolei na podwórku działali panowie ze specjalistycznym sprzętem do usuwania zielonego nalotu z kostki brukowej. Zajęło im to pół dnia, hałas był niezły, efekt całkiem dobry. Ciekawe ile by robili to przy użyciu ręcznych narzędzi.
Dziś polecam: Japanische Kampfhörspiele (grindcore), Jefferson Airplane (acid rock, folk rock, rock psychodeliczny) oraz Jethro Tull (hard rock, blues rock, art rock, rock progresywny).
Pozdrawiam!
wtorek, 9 marca 2021
Duży strach.
Ostatnie dni były w miarę, wiadomo, raz lepiej, raz gorzej. Jakby jednak nie patrzeć w sumie całkiem w porządku było wszystko. Aż do dziś, a właściwie to końcówki wczoraj.
Staruszek narzekał na ból brzucha, początkowo myśleliśmy, że wiąże się to z obiadem. Poszedł nawet do drugiego pokoju, by poleżeć w spokoju i zaczekać, aż lek przeciwbólowy zacznie działać. Koło 1 w nocy poszedłem zobaczyć jaka jest sytuacja, Staruszek przysypiał, więc poszedłem do siebie. Śpię sobie w najlepsze, gdy koło 6 rano budzi mnie straszny huk. Wybiegam z pokoju, patrzę po korytarzu, dywan podwinięty, odświeżacz powietrza na podłodze. Wchodzę do sypialni Rodziców, a tam Staruszek leży w poprzek łóżka, biały jak prześcieradło i mówi, że chwilę wcześniej najprawdopodobniej stracił przytomność i runął jak długi. W sumie to może było jakoś inaczej, tylko w stresie mi się wszystko pomieszało. Początkowo bałem się, że uderzył się głową o szafkę w korytarzu. Na szczęście nic takiego się nie stało. Ogólnie miałem wtedy wrażenie, że albo oszaleję, albo padnę na zawał. Chyba ze cztery godziny dochodziłem do siebie, a jeszcze teraz czuję takie oszołomienie związane z tym wszystkim. Nie mam pojęcia co spowodowało taką sytuację, chemioterapia, spadek białych krwinek, może coś z cukrem czy innymi parametrami. Chyba z tego powodu trzeba będzie skontaktować się z lekarzem prowadzącym, żeby zdecydował co dalej robić. Mam nadzieję, że to był pierwszy i ostatni taki raz.
Pozdrawiam!
sobota, 13 lutego 2021
Po układaniu.
Wracam do pisania. Musiałem sobie pewne rzeczy poukładać w głowie, poza tym chciałem odpocząć od pisania, od Sieci. Wykorzystałem ten czas na czytanie w największej mierze.
Najciekawsza była książka o tragedii na Przełęczy Diatłowa z 1959 roku. W nocy z 1 na 2 lutego zginęło dziewięciu członków wyprawy studenckiej po górach Uralu. Do dziś nie ma jednoznacznej hipotezy co mogło się wtedy stać. Po lekturze wydaje mi się, że najbardziej prawdopodobną wersją może być ta o testowaniu jakiegoś nowego rodzaju broni. Wskazuje na to m.in. zaginięcie jednego z dzienników (każdy z uczestników miał swój, poza tym mieli też jeden wspólny, gdzie każdy wpisywał swoje obserwacje), obecność w okolicy tej tragedii etui na okulary (według rodzin i znajomych nikt z wyprawy nie miał takiego) oraz ślad obcasa jak od damskich szpilek. Poza tym obserwowano w tym czasie dziwne zjawiska świetlne na niebie. Oczywiście to tylko przypuszczenia, wiele dokumentów zniszczono, albo zaginęły, dlatego nie uda się chyba wyjaśnić tego zdarzenia. Co ciekawe w lutym tego roku (chyba, nie pamiętam, może w styczniu) jakiś dziennikarz z Francji zasugerował, że cała wyprawa zakończyła się tak przez lawinę. Przeczy temu doświadczenie grupy, raczej nie szli w sposób mogący wywołać z opóźnieniem zejście śniegu. Nie mówiąc o tym, że część grupy została znaleziona w pewnym oddaleniu od obozu, mieli też nieco inne obrażenia, nie wskazujące na lawinę.
Całkiem dobra była też książka opisująca początki ruchu punk, w połączeniu z beat generation, sztuką itp.
Dziś polecam: Dhaliax (heavy metal, power metal, trash metal), Divlje Jagode (hard rock, heavy metal) oraz Dee Snider (heavy metal, glam metal, hard rock).
Pozdrawiam!
wtorek, 12 stycznia 2021
Średnio tak.
Jakoś tak średnio jest. Staruszek dowiedział się, że na badaniach wyszedł nawrót spraw nowotworowych. Teraz jest w czasie chemii, w tabletkach, co za tym idzie w domu jest cały czas. To jedyny plus.
Cała ta sytuacja i epidemia powodują u nas koszmarny spadek chęci do działań wszelakich. Nie mówiąc o tym, że powoli dołączamy do takich sąsiadów z kamienicy. Mają taki styl, że kładą się spać koło 3-4 nad ranem, a w międzyczasie niemal cały czas grają na komputerze/konsoli (sąsiad ma chyba jakąś z tych starszych), albo szukają czegoś w Sieci. My chodzimy od paru tygodni spać koło 1.
W lutym Staruszek ma odebrać jakieś swoje materiały do dalszych badań, podobno został skierowany do jakiegoś amerykańskiego programu genetycznego. Co z tego może wyniknąć to nie wiadomo. Jakby nie patrzeć to i tak pieśń przyszłości, zanim wyślą materiały do USA, zanim laboratorium zbada i prześle jakieś wskazówki to może minąć parę miesięcy nawet. Ogólnie to z tym wszystkim czuję się z dnia na dzień jakby pusty w środku. Koszmar.
Dziś polecam: A Different Breed of Killer (deathcore), Acid Ghost (rock, art rock, dream pop) oraz Acranius (slam, brutal death metal, hardcore, brutal deathcore).
Pozdrawiam!
czwartek, 31 grudnia 2020
Na Nowy Rok.
Życzę Wam w kolejnym roku dużo zdrowia. Jak wiadomo wtedy większość przeszkód troszkę blaknie. Poza tym ważne jest, aby iść w pogodzie ducha przez życie, z uśmiechem i z dobrym towarzystwem. Życzę też spełnienia marzeń związanych z wszelkimi sprawami, od tych najprostszych, po najtrudniejsze (ale z gatunku do rozwiązania).
Dziś polecam: Arckanum (black metal), Armored Saint (heavy metal) oraz Aurora (electropop, indie pop, synth pop).
Pozdrawiam!
wtorek, 22 grudnia 2020
Poszukiwania. Przed Świętami.
Ostatnio zacząłem wracać do aktywności, które kiedyś mi się spodobały w jakimś stopniu. Wczoraj odkopałem program do tworzenia grafik na komputerze i zrobiłem kilka prób. Z ciekawostek mogę dodać, że jak do tej pory przerobiłem już sporo kwestii związanych z literaturą (tworzę, choć dość domorośle i może nawet ciut grafomańsko), muzyką (w prostych programach coś tam ,,montowałem") i ze sztukami wizualnymi (trochę w pastelach, trochę w grafice komputerowej).
Przygotowania weszły u mnie w decydującą fazę. Mamy niemal wszystko zrobione w kwestii jedzenia. Tylko zostają jakieś poprawki, albo dokończenie dań. Dziś byliśmy po choinkę, Rodzicielka jak zwykle się postarała zdobiąc ją (złoto i czerwień w tym roku królują). Na razie nie czuję atmosfery, jednak to dla mnie charakterystyczna rzecz.
Mam nadzieję, że mimo wszystko nadchodzące dni będą dla Was pełne znajomych, Świątecznych zapachów, smaków itp. A ewentualne braki osobowe uda się nadrobić chociażby na łączach internetowych (sami planujemy takie połączenia on-line z rodziną od strony Staruszka).
Dziś polecam: Cane Hill (nu-metal, industrial metal, metal alternatywny, metalcore), Children of Aegean (instrumentalna, stoner rock, rock) oraz Country Joe And The Fish (acid rock, rock psychodeliczny, folk rock).
Pozdrawiam!
poniedziałek, 7 grudnia 2020
Miejsca za granicą, które zrobiły na mnie wrażenie.
Tytuł nieco inny od ostatniej notki. Bowiem nie miałem okazji nigdzie za granicą być tyle razy, by poznać wszystkie zakamarki, uliczki itd. tak jak to w Polsce miałem możliwość uczynić.
1. Czechy/Słowacja.
Głównie odwiedzane przy okazji pobytów w górach, w większości wycieczki raczej bez planu, gdzie oczy poniosą. Z tych zaplanowanych najbardziej pamiętam odwiedziny w Ołomuńcu i w Pradze. Ze Słowacji najlepiej wspominam wizytę na szczycie Tatrzańskiej Łomnicy.
2. Austria/Szwajcaria.
W drodze do Włoch (jak drugi raz jechałem z Rodzicielką i rodziną Staruszka) zatrzymaliśmy się na kilka dni w tych krajach. Przede wszystkim zapadło mi w pamięci zaufanie jakim obdarzają się wszyscy. Dotyczy to przede wszystkim pozostawiania produktów na sprzedaż bez specjalnego dozoru, każdy chętny wrzuca pieniądze do oznaczonego miejsca i bierze opłaconą ilość produktu. Przeżyłem też niemały szok jak w miejscu, gdzie mieliśmy mieszkać, właściciel zostawił klucze do naszych pokoi w kopercie położonej przy drzwiach od tarasu. Jak weszliśmy to znów przeżyłem szok jak zobaczyłem zeszyt, do którego należy wpisać pobrane z lodówki (pełnej po brzegi) produkty, aby później się rozliczyć. Najprzyjemniej wspominam wizytę w Sankt Gallen i widoki z góry Santis.
3. Włochy.
Pierwszy poważny wyjazd, zorganizowany przez nauczyciela geografii w gimnazjum. Wycieczka trwała chyba tydzień (odliczając dni na dojazd autokarem). Byliśmy w Wenecji, Rimini, Florencji, Pizie oraz Rzymie (wraz z wizytą w Watykanie). Właściwie każde z tych miejsc spowodowało, że miałem szczękę na ziemi. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie Rzym, zwłaszcza pozostałości po starożytności. W Watykanie przeżyłem szok, bo wszystko wydawało się wielkie, o wiele większe niż znałem z telewizji. Do tego mieliśmy okazję być na audiencji generalnej papieża Benedykta XVI.
Do Włoch pojechałem jeszcze raz (jak w punkcie 2 zaznaczyłem), trasa była niemal identyczna, poza Rzymem i Rimini. Skupiliśmy się na tym, by w miarę możliwości zwiedzać wszystko powoli, z namaszczeniem swoistym. Spędziliśmy kilka dni w Pawii, gdzie mieszkała kuzynka ze strony rodziny Staruszka. Razem z nią i jej chłopakiem pojechaliśmy na dwa, albo trzy dni (nie pamiętam dokładnie już) w okolice Nicei. Zobaczyliśmy też San Remo i Cannes. Czyli za jednym zamachem odwiedziliśmy kilka państw.
4. Francja (Paryż i okolica).
Druga wycieczka zorganizowana przez nauczyciela geografii w gimnazjum. Całość trwała mniej więcej tyle, co wycieczka do Włoch. Pierwszym punktem jaki odwiedziliśmy była Bruksela. Byliśmy w Atomium, później zobaczyliśmy budynki związane z Unią Europejską (z tego co pamiętam Rady Europejskiej i Komisji). Potem pojechaliśmy do Paryża, skąd właściwie nie jeździliśmy już specjalnie (tylko do pałacu w Wersalu). Sam Paryż zrobił na mnie wrażenie jako miasto wielokulturowe, z nutą tajemnicy i swoistym duchem historii. Zaliczyliśmy obowiązkowy punkt programu jakim jest wjazd na wieżę Eiffla. Dopiero z niej widać było zamysł architektoniczny miasta, część interesujących nas budynków itd. Ogólnie wrażenia bardzo pozytywne. Kolejnym miejscem jakie odwiedziliśmy był Luwr. Muszę powiedzieć, że miałem tam dziwne odczucia, bowiem niemal na każdym kroku miałem wrażenie, że Azjaci stanowią całość odwiedzających. Trudno było dopchać się do niektórych dzieł, błyskające flesze, jakieś rozmowy w różnych językach. ogólnie odbiór tego muzeum mam raczej zaburzony. Za to pałac w Wersalu zrobił na mnie już zdecydowanie lepsze wrażenie. Nie pamiętam już co konkretnie zwiedzaliśmy, jednak odczucia pozytywne pozostały. Odwiedziliśmy też cmentarz Pere-Lachaise. Tutaj znów moja pamięć zawodzi, na pewno byliśmy przy grobie Jima Morrisona i Fryderyka Chopina. Muszę powiedzieć, że wielość i wielkość pochowanych tam osób robi naprawdę wrażenie (nawet jak się tylko czyta o tym cmentarzu, a co dopiero jak się tam jest). Zobaczyliśmy też dzielnicę Montmartre, a z zewnątrz Moulin Rouge.
5. Anglia (Londyn i okolica).
Trzecia i ostatnia wycieczka z tym nauczycielem geografii. Wszystkie aspekty związane z transportem i długością pobytu podobne jak wcześniej. Różnica była tego typu, że do Anglii dostaliśmy się Eurotunelem, przy pomocy pociągu Shuttle (razem z autokarem). Na miejscu przez cały czas podziwiałem kierowców, którzy mieli do dyspozycji autokar z kierownicą po lewej stronie, o ile na autostradzie nie było trudno (oczywiście po odpowiednim wjechaniu na nią), tak w mieście wydawało się to co najmniej karkołomne. Pierwszym przystankiem było Canterbury, gdzie zwiedziliśmy katedrę, siedzibę arcybiskupa tego miasta. Oczywiście jak to u mnie, szczęka znalazła się na podłodze. Kolejne miejsce, które odwiedziliśmy to Stonehenge. Muszę powiedzieć, że na żywo ta budowla megalityczna jakoś nie zrobiła na mnie wrażenia. Może chodziło o brak możliwości podejścia bliżej, z daleka całość wyglądała na małą. W Londynie odwiedziliśmy Trafalgar Square, widzieliśmy Big Ben, Parlament, pałac Buckingham, Tower Bridge odwiedziliśmy opactwo Westminster. W czasie przejażdżki London Eye mogliśmy jeszcze raz zobaczyć miasto, tym razem z góry. Najciekawszym punktem wycieczki było dla mnie zwiedzanie Muzeum Brytyjskiego. W porównaniu z Luwrem na pewno było mniej tłoczno. A ilość samych eksponatów wręcz oszałamiała, nigdy wcześniej, ani nigdy później nie miałem okazji zobaczyć w jednym miejscu tylu malutkich artefaktów, nieco większych, średnich, dużych, aż po te największe. Tam też po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć mumię, a dokładniej mówiąc mumię z bagien, znaną jako Człowiek z Lindow.
W przyszłości chciałbym odwiedzić: Japonię, Stany Zjednoczone, Wyspy Kanaryjskie, Wietnam, Australię i może jeszcze jakiś kraj w Afryce (na razie nie mam pojęcia który dokładnie).
Dziś polecam: Battleme (rock), Beats Antique (elektronika, world, ethnotronica) oraz Beck Bogert & Appice (blues, rock, hard rock).
Pozdrawiam!
czwartek, 19 listopada 2020
Ulubione miejsca w Polsce.
Tym razem, zgodnie z tytułem będzie przegląd moich ulubionych miejsc w Polsce.
Morze:
1. Unieście/Mielno.
Właściwie nie wiem ile razy byłem tam z Rodzicami. Wszystko zaczęło się mniej więcej jak miałem jakieś 3-4 lata i do dziś lubię te miejscowości. Niektórzy nazywają te okolice naszą Ibizą, dla mnie jest to odrobina przesady. Nie lubię za bardzo leżeć plackiem na plaży, dlatego doceniam możliwość skorzystania ze spaceru brzegiem morza, pójścia nad jezioro Jamno, pójścia do miasta, a przy sprzyjającej pogodzie wycieczki po okolicy. Tam też Rodzice poznali znajomych, z którymi jesteśmy w kontakcie od jakiegoś 1998 roku.
2. Łukęcin.
Byłem w tej niewielkiej miejscowości trzy razy na kolonii. Pierwszy raz przeżyłem dość mocno, dzwoniłem do domu, żeby spytać się jak długo jeszcze tam będę. Dziwna sprawa, bo byłem ten pierwszy raz ze swoim kumplem z klasy, było też kilka dziewczyn z klas równoległych, z którymi się dobrze znałem. Potem przeszło mi na tyle, że jak minęły trzy tygodnie to chciałem jeszcze tam zostać. Drugi raz wzięliśmy ze sobą jeszcze jednego kolegę z klasy równoległej i jego kolegę. A za trzecim razem pojechał jeszcze średni brat tego kolegi co pierwszy raz z nim byłem na kolonii. Pobyt w Łukęcinie był w mojej ocenie czasem zupełnego relaksu. Za każdym razem odwiedzaliśmy Międzyzdroje, Dziwnów (na rowerach), do tego zostawiliśmy majątek w okolicznych sklepach dookoła ośrodka. Tam poznałem kilku fajnych kumpli, w tym niejakiego Irona (ksywa od słuchania Iron Maiden), który zaraził mnie uwielbieniem ciężkich brzmień.
3. Ustka/Łeba.
Dość podobne w moim odczuciu miejscowości. Na pewno spokojniejsze od Mielna, jednak warte uwagi.
4. Dębki.
Odkrycie najnowsze, poza sezonem spokój jak nie wiem co. Bardzo dobra smażalnia ryb przy wejściu od strony wieży widokowej. Warte powrotu.
5. Jastrzębia Góra.
Pojechaliśmy tam chyba dwa razy. Towarzyszył nam kolega Staruszka z wojska z rodziną. Najciekawsze momenty wiążą się z ofertą kulturalną ośrodka. Wewnętrzne imprezy prowadził tam niejaki pan Joel, po jakimś czasie okazało się, że mógł on być główną postacią z teledysku do piosenki ,,Makumba" grupy Big Cyc. Drugi ciekawy moment wiąże się z mini turniejem tenisa stołowego. Jedna z dwóch córek tego znajomego Staruszka była wtedy mistrzynią w swoim województwie. Szczególnie chłopaki przebywający na wakacjach sądzili, że pokonają ją z łatwością. Zdziwili się i dowiedzieli prawdy, jak pokonała ich wszystkich, odebrała dyplom, a na koniec pokonała jeszcze paru chętnych panów.
Góry:
1. Zakopane.
Jednak traktowane jako punkt startowy do wszelkich wypraw, a to w doliny, a to w jakieś wyższe (ale tylko nieco) góry.
2. Krynica Zdrój/Iwonicz Zdrój/Rymanów Zdrój/Muszyna/Piwniczna Zdrój.
Zbliżone charakterem miejscowości, jednak w szczegółach już nieco inne. Na pewno dobre jako połączenie regeneracji zdrowia, w połączeniu z wędrówkami górskimi. Najczęściej byłem w Iwoniczu i w Rymanowie.
Pozostałe:
1. Okolice Olsztyna.
Pod Olsztynem mają działkę znajomi poznani w latach 90. w Mielnie. Bywaliśmy tam zarówno jak mieli jeszcze stary domek, jak i po budowie nowego. Miejsce super, nazywane Wyspą, bo faktycznie jest to wyspa, połączona ze stałym lądem kładką. Widoki na jezioro niezwykłe, zwłaszcza o rożnych porach dnia, w różnych warunkach atmosferycznych, burze tam miały dla mnie niezwykły charakter (mimo, że ogólnie boję się burz). Do tego można odwiedzić Olsztyn, Mrągowo, Giżycko i wiele mniejszych miejscowości.
2. Małdyty.
Byliśmy tam tylko raz, jednak bardzo mi się tam spodobało. Przede wszystkim mieszkaliśmy w pięknym miejscu, w dawnym młynie wodnym. Budynek pachniał historią, każda deska pamiętała jakieś zacne wydarzenia. Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie stara, żeliwna wanna w łazience. Do tego widok na rzeczkę (albo miejsce połączenia rzeki z jeziorem, nie pamiętam) z okien. Znakomite miejsce.
3. Krasnogruda/Sejny.
Pojechaliśmy tam na zaproszenie mojej nauczycielki angielskiego. Załatwiła dla nas pokoje w dawnej szkole, u bardzo miłych ludzi. Miejsce, gdzie człowiek nie odczuwa żadnego przymusu, a czas nie gra roli. Do tego były tam dwa super pieski Sylwek (kundelek) i jamnik (nie pamiętam imienia). Sylwek jakoś wyjątkowo za mną zaczął chodzić, domagać się pieszczot itd. W Sejnach byliśmy między innymi w mieszkaniu tej mojej nauczycielki. Czułem się tam jak w jaskini kultury, bo razem z mężem zajmuje się krzewieniem muzyki z tak zwanego pogranicza. Zostaliśmy zaproszeni na koncert w byłej synagodze. Ogólnie wrażenia skłaniające do powrotu.
4. Toruń.
Byliśmy dwa, albo trzy razy. Główna oś wiązała się ze spotkaniami z rodziną ze strony Rodzicielki. Dwa razy byliśmy w zoo tamtejszym, poza tym zwiedzaliśmy Stare Miasto. Naprawdę przyjemne miasto.
5. Kraków.
Byliśmy jakieś cztery, albo pięć razy. Pierwszy raz w związku z moim zabiegiem oczu, w wieku sześciu lat. Później odwiedzaliśmy znajomych Rodziców. Przede wszystkim za każdym razem powalała mnie jakaś taka atmosfera miasta, trudna do opisania. Po Warszawie to chyba moje ulubione miasto w Polsce, które miałem okazję odwiedzić.
6. Krosno.
Byliśmy tam ze dwa razy w domu tego kolegi Staruszka z wojska. Poza tym jeszcze co najmniej parę razy spotykaliśmy się w okolicznych miejscowościach uzdrowiskowych. Na duży plus należy zaliczyć bliskość gór. Nawet widać je przy dobrej pogodzie z okolic mieszkania tych znajomych.
7. Przemyśl.
Byłem tam raz, kilka dni początkowo tylko ze Staruszkiem, potem dołączyła Rodzicielka. Pamiętam, że jak przyjechaliśmy we dwóch, to tego dnia w Przemyślu padał grad wielkości pięści człowieka. Musieliśmy stanąć na parę minut, a i tak baliśmy się o szyby w aucie. Jednak jak zobaczyłem, gdzie mamy mieszkać, to od razu się zachłysnąłem tym miastem. Za oknem mieliśmy widok na San, zabudowę miejską i jeszcze pewnie wiele innych rzeczy, o których nie pamiętam. Zachwycałem się jak dziecko małe (a miałem już jakieś kilkanaście lat wtedy) każdym elementem architektury, każdym mijanym miejscem. Nie mam pojęcia czemu akurat to miejsce tak mocno na mnie zadziałało. Czasem myślę sobie, że na emeryturze, jakbym miał się przenieść, to do Przemyśla chyba.
Dziś polecam: Cam Cole (hard rock, rock, blues rock, rock&roll), Chet Baker (jazz, cool jazz) oraz Coastlands (post-rock, post-metal, shoegaze, ambien, beats).
Pozdrawiam!
czwartek, 12 listopada 2020
Dość spokojnie.
Miałem zamiar przynudzać, między innymi o tym czy stosowanie form żeńskich od wszystkich zawodów ma sens. Uznałem jednak, że to zbyt jałowy temat, tak naprawdę niech każdy mówi jak chce np. socjolożka zamiast pani socjolog itd.
Nic szczególnego się nie działo ostatnio.
Planuję kupić sobie pod choinkę parę książek, a może i płyt. Bardzo rozczarowany jestem zamknięciem dość nagłym bibliotek. Na szczęście mam jeszcze dwie książki, w tym ,,Dziennik Mistrza i Małgorzaty".
Dzisiejsze wydarzenia z Warszawy spowodowały u mnie nerwowość i oburzenie. Zwłaszcza jak pokazano filmik z pożarem mieszkania, całkiem niedaleko mojej kamienicy. I te wstrętne hasła rzucane przez rozbawiony i filmujący wszystko tłum. Jak dla mnie powinni odpowiadać niemal tak samo surowo za to jak sprawcy.
Dziś polecam: Altarage (black metal, death metal), Alvvays (indie pop, dream pop, shoegaze, twee pop) oraz Agent Steel (speed metal, power metal, heavy metal).
Pozdrawiam!